PL EN

ZA KULISAMI BLOG

Jak zachować się w teatrze

Jesteśmy różnorodni. Inne rzeczy nas śmieszą, wzruszają czy budzą nasz strach. I nigdy nie jest to tak wyraźne jak we wczesnym dzieciństwie. To ten moment, kiedy jeszcze nie nauczyliśmy się upodabniać, nie zrozumieliśmy, że dopasowanie może przynieść konkretne korzyści. Jesteśmy sobą w całej naszej glorii… lub wstydzie.

Lubię obserwować widownię na spektaklach dla młodszych dzieci, dopiero stawiających pierwsze kroki w sytuacji społecznej, jaką jest teatr. Reagują bez barier – kiedy działa teatralna magia, słychać głośne „łał”, na bieżąco komentują akcję i zadają pytania, śmieją się na cały głos, a zdarza się też, że i płaczą lub krzyczą na cały głos. Nigdy do końca nie można przewidzieć, jakie emocje wywoła sceniczny świat. Czy sztuczny dym zachwyci, czy przestraszy, czy blackout spowoduje chwilową panikę, czy akcja na scenie wywoła nagłą chęć włączenia się do dialogu, a w niektórych przypadkach dołączenia do aktorów na scenie.

Lubię też patrzeć, jak radzą sobie z tym wszystkim opiekunowie dzieci – rodzice, dziadkowie, nauczyciele. Jak ja sobie z tym radzę. Odbywa się wtedy w człowieku prawdziwa walka. Z jednej strony chciałabym oglądać w świętym spokoju i dowiedzieć, co się wydarzy dalej. Ale chciałabym też, żeby dziecko miało przestrzeń na wyrażenie swoich emocji, więc nie chcę go uciszać czy powstrzymywać. Zwłaszcza że to może spowodować rozwój emocji w kierunku najbardziej niepożądanym, czyli awantury, kiedy nie można zrobić już nic innego, jak tylko wziąć malucha i wynieść z sali. Zakładam więc, że pewnego typu zachowania aktorzy na scenie i sąsiedzi z widowni są w stanie jeszcze znieść. Gdzie jest jednak ta granica?

Myślę, że przebiega tam, gdzie zazwyczaj granica w sytuacjach, gdy jesteśmy w większej grupie osób. Dopóki nie uniemożliwiamy aktorom grania albo oglądania przedstawienia innym, wszystko jest w porządku. Zdarza się jednak, że dziecko czegoś bardzo się przestraszy i nie jesteśmy w stanie go uspokoić. Płacz jest szczególnie zaraźliwy, więc po chwili może zacząć płakać coraz więcej dzieci w odruchu empatii. Dlatego akurat w takich wypadkach warto wyjść na chwilę z dzieckiem z sali – zmiana otoczenia często automatycznie powoduje zmianę emocji, dzieje się coś nowego, ciekawego, co odwraca uwagę od niedawnego strachu.

Czemu w ogóle o tym piszę? Zachowanie w teatrze – dość drętwy temat na felieton… Piszę, bo niedawno zaintrygowała mnie wypowiedź znajomej mojej siostry, która na pytanie, dlaczego nie chce zabrać swojej pięcioletniej córeczki do teatru, odpowiedziała, że ona nie będzie się umiała odpowiednio zachować (a dodam, że ma wyjątkowo dobrze zachowującą się córkę). Przygotowana byłam na wiele odpowiedzi, ale ta akurat mnie zaskoczyła. Czy rzeczywiście naszym podstawowym zadaniem w teatrze jest dobrze się zachowywać? Wtedy przypomniałam sobie te wszystkie kładzione od dzieciństwa do głowy wytyczne, żeby do teatru chodzić zawsze na galowo, że „teatr to świątynia” itp. Teatr zawsze był wykorzystywany jako miejsce dopasowywania, ustawiania w rządku, bo też – podobnie jak w kościele – wszelka niesubordynacja mogła wpłynąć na zaburzenie całego misternie poukładanego porządku.

Dlatego cieszę się, że pracuję w teatrze, który docenia dziecięcą naturę. Gdzie aktorzy i pracownicy techniczni latami opowiadają sobie z zachwytem anegdoty o różnych wybrykach na widowni. I gdzie różnorodność to powód do celebracji. Jeśli boisz się, że twoje dziecko nie będzie się umiało zachować w teatrze, koniecznie przyjdź z nim do Miniatury.

Agnieszka Kochanowska

Felieton ukazał się też w magazynie "Together - Rodzinna strona Trójmiasta".

 

×